Tatry & Budapest 29.04-08.05.2006 ( ok.1219 km)
Łódź, sobota 29.04. 2006.
Trasa: Zgierz/Łódź, Wiskitno, Wola Rakowa, Czarnocin,
Moszczenica, Piotrków Tryb., Radomsko, Gidle, Zielona Dąbrowa,
Złoty Potok, Niegowa, Włodowice. 180 km.
Powoli zbieramy się na wyprawę. Kiedy przyjeżdżam na ul. Piotrkowską/Piłsudskiego
zastaję tylko Yaroo i Vee. Jest zimno, wieje wiatr i powoli szykuje się na deszcz.
Nadciągają inni uczestnicy: Yakris, Paweł, Ela (tylko nas odprowadza do Piotrkowa),
bracia Mariusz i Kamil. Nastroje minorowe z powodu aury.
Ruszamy w kierunku ul. Śląska/Niższa, aby tam dołączył do nas Marcinello. Grupa
niebawem rozrywa się i ul. Tomaszowską jadę już tylko z Marcinello.
Czekamy na pozostałych w Woli Rakowej, ale nie mogąc się doczekać jedziemy dalej.
Z grupą spotkamy się dopiero w Mirowie. Zaczyna padać deszcz, który zawzięcie siecze
nas przez prawie całą trasę. Zimno daje nam się we znaki. Każde dłuższe zatrzymanie
powoduje, że stygniemy i trzęsiemy się jak galareta.
Nocleg we Włodowicach. Zajmujemy całe piętro. Kąpiel, kolacyjka i spać. Do rana musi
wyschnąć przemoczona odzież i obuwie. Wszystkie gorące kaloryfery i rury C.O.
obwieszone i obłożone ciuchami.
30.04.2006 droga będzie bardziej falista. Trasa: Włodowice, Kromołów k/Zawiercia
tu pierwszy postój i próba usunięcia awarii roweru Michała, w którym zaczyna sypać się
przednia piasta. Serwisujemy z pomocą Pawła, pod kapliczką św. Jana Nepomucena
znaczącą miejsce głównego źródła rzeki Warty.
Dalej do Ogrodzieńca, Podzamcza, Pilicy, Wolbromia i Skały skąd już blisko do
Krakowa. Tu rozstajemy sie z Marcinello, który z powodu kontuzji kolana postanawia
wrócić pociągiem do Łodzi. Plan Budapesztu przekazuje Yaroo. Grupa budapeszteńska
topnieje do trzech cyklistów. Na tym przykrym wydarzeniu jednak nie koniec.
Naprawa piasty roweru Michała okazała się być doraźna. Piasta idzie w rozsypkę w czasie,
gdy zaczynamy opuszczać Kraków. Michał kieruje się na dworzec PKP i dołącza do
Marcinello. Razem wracają do Łodzi. Szkoda. Jazdę kontynuuje 7 cyklistów.
Kierunek na Mszanę Dolną przez Wieliczkę, Dobczyce i Kasinę Wlk. Do Mszany
dojeżdżamy już po ciemku. Górki spowalniają jazdę. Kierowcy jadą na drogowych
światłach i niemiłosiernie nas oślepiają. Pawłowi jedzie się coraz trudniej. Stan zapalny
ścięgna Achillesa pogłębia się i sprawia dużo bólu. W Mszanie czeka na nas obiad, który
zjadamy jako bardzo spóźnioną kolację. Dystans 162 km.
Rankiem 01.05.2006 ruszamy w kierunku Rabki Zdr., gdzie z dalszej jazdy
rezygnuje Paweł, który szykował się do kolejnego zdobycia krótkiego lecz stromego
podjazdu w Rdzawce. Niestety w tym roku nic z tego nie wyszło.
Jednak przed nami pozostało wyzwanie pokonania tej stromizny. Oto Rdzawka:
niepozorna asfaltowa nawierzchnia pnie się pod górę.
Ruszam, ale padam pierwszy raz na wysokości kapliczki. Chyba zbyt nerwowo do tego
podszedłem. Przez kilkadziesiąt metrów prowadzę rower. Znów jadę, ale idzie mi powoli.
Ponownie SPDami staję na asfalcie. Ogladam się i widzę nadjeżdżającego Yaroo, który
wkrótce mnie mija. Co robić, dosiadam roweru i mozolę się dalej. Wkrótce na szczycie
wzniesienia widzę Yaroo. Rdzawka zdobyta! Teraz przez Klikuszową do Nw. Targu.
Podjazd do Bukowiny Tatrzańskiej. W drodze ku Łysej Polanie zatrzymujemy się,
aby podziwiać groźne, ośnieżone i częściowo spowite chmurami tatrzańskie szczyty.
Zjeżdżamy do Łysej Polany. Zaczyna padać deszcz i jest nam wszystkim zimno. Trochę
ratuje nas gorąca herbata z automatu. Granicę przekraczamy szybciutko i już możemy
kontynuować naszą wyprawę. Po słowackiej stronie ruch samochodowy wyraźnie
maleje i znacząco zmieniają się obyczaje kierowców samochodów. Oczywiśćie na plus!
Jeśli jakieś auta próbują przekroczyć prędkość dźwięku to na polskiej rejestracji. Jak mówi
Yakris: "Próbują latać".
Mijamy Javorinę i Sedlo pod Prislopom. Yaroo jedzie daleko w przodzie. Nie ma szans
go dogonić. Za Zdiarem czarne chmury, zrywa się zimny wiatr i zaczyna się ulewa. Pędzę
w deszczu omijając dość liczne dziury w nawierzchni. SPD pełne deszczówki, a dłonie
coraz bardziej mam zesztywniałe od zimna. Trudno złapać za dźwignię hamulca nie mówiąc
już o gripshiftach. Jestem na długim zjeździe, potem jest płasko. Gnam co sił. Yaroo
nadal nie widać. Przez gapiostwo mijam skręt w prawo w drogę nr 537. Orientuję się po
jakichś 2 km i wracam. Deszcz atakuje dalej. Droga do Stareho Smokovca jest trochę
niesamowita. Hektary powalonych wichurą drzew. Przejmująca cisza. Po prawej stronie,
w oddali piętrzą się ponuro Lomnicky (2634 m), Slavkovsky (2452 m) i Gerlachovsky
Stit(2654 m). Kolejne miejscowości: Tatranska Polianka, Vysne Hagy.
Droga konsekwentnie choć prawie niezauważalnie wznosi się wyciskając siódme poty.
Wreszcie jestem na wysokości Strbskeho Plesa. Zaczyna zmierzchać. Tatranska
Strba, tam trzeba skręcić w lewo i hop w dół. Zjazd 8 km. Wiatr zatyka oddech i
świszcze w uszach. Niezła jazda! O zmroku jestem na miejscu lecz gdzie nocleg?
Zapomiałem. Telefon do Yaroo i kolega naprowadza mnie na Autocamp Humno. Yaroo
czeka od godziny w domku nr 15. Po upływie kolejnej godziny dociera reszta grupy.
Zjechali zupełnie po ciemku. Znowu suszenie odzieży. Rano trzeba jechać dalej. Yakris w
nie najlepszym nastroju. Dopadł go ból nogi i zaczyna przebąkiwać o możliwości skrócenia
trasy. Dystans 132 km.
02.05.2006. I znowu w siodle. Rezygnujemy z powrotu na drogę nr 537 i ośmiu km
podjazdu. Jedziemy boczną drogą przez Strbę, Sunavę w kierunku Liptovskeho
Hradoka. Taki przejazd zaproponował Mariusz. Droga w większości prowadzi przez las
między górami Zavrh (1259 m) i Slamena (1106 m).
Po prawej stronie płynie Cierny Vah, który w pobliżu wsi Kral`ova Lehota swe wody
wprowadza w Biely Vah. Tutaj następuje podział grupy: Celinka wraz z Mariuszem i
Kamilem będą od tej pory zamykać pętlę tatrzańską kierując się ku Polsce, a ja wraz z
Yakrisem i Yaroo ruszam na Węgry.
W Niznej Bocy rozpoczyna się długi podjazd (7%) na Sedlo Certovica (1238 m). Yakris
przeżywa katusze obracając głównie prawą nogą. W końcu wjeżdżamy. Niebo jest
rozpogodzone, ale jest wietrznie i zimno. Szykujemy się do zjazdu w kierunku Brezna
i Hrinovej. W Hrinovej znajdujemy za 300 koron od głowy nocleg w sympatycznym
pensjonacie JK-Kosuth. Dystans 123 km.
03.05.2006. Nasze Święto Narodowe spędzamy uparcie pedałując do Budapesztu.
Przejście graniczne Slovenske Darmoty/Ballasagyarmat i już jesteśmy u bratanków.
Teren choć nie górzysty to jednak silnie pofałdowany. Po drodze Yaroo łapie gumę. Pół
godziny przerwy na naprawę.
Na rogatce Budapesztu jesteśmy już po zapadnięciu zmroku. Przejazd nocą przez
Peszt dostarcza różnorakich emocji. Mimo późnej pory wzmożony ruch samochodowy.
Poruszamy się pod dyktando Yaroo, który często kontroluje nasz przejazd zaglądając do
planu miasta. Trochę jezdnią i trochę ścieżkami rowerowymi. Wreszcie przecinamy Dunaj
mknąc po moście do Budy. Podziwiamy niesamowity nocny pejzaż rozświetlonego miasta
ze słynnym budynkiem parlamentu i innymi budowlami.
Jesteśmy u podstawy jednego ze wzgórz obrośniętych roślinnością i domami. Z planu
wynika, że czeka nas do turystycznej noclegowni jeszcze długa i dość skomplikowana
droga krętymi uliczkami, które ostro pną się pod górę ( wiele z nich ma stromiznę 6-8
%). Ruch samochodowy zamiera. Przemieszczamy się przez XII dzielnicę zabudowaną
rezydencjami. Przed nimi zaparkowane drogie samochody.
Dłużej nie da się jechać. Yaroo narzeka na lewe kolano. Zmęczenie coraz bardziej daje
daje się nam we znaki. Rowery obciążone sakwami pchamy pod górę. Yaroo raz po raz
sprawdza na planie porawność kierunku marszruty. Już blisko więc skracamy drogę idąc
przez park. "Ciemność widzę, ciemność widzę !", pod butami rozmiękła glina. Psy zażarcie
ujadają. Wreszci wychodzimy na asfalt. Brama ośrodka turystycznego zamknięta na
cztery spusty, a wszystko tonie w mroku nocy. Pojawia się nieufny ochroniarz, który w
końcu otwiera bramę i wskazuje jak trafić do właściwego budynku. Płacimy po 5000
forintów i taszczymy rowery do pokoju na pierwsze piętro. Kolacja, kąpiel i spać.
Dystans: 192 km.
04.05.2006 poświęcamy na zwiedzanie miasta z buta. Schodzimy w dół ku
Dunajowi. Fotografujemy. Obserwujemy ruch uliczny i nieustannie przemykających w
nim kurierów rowerowych.Tu pogoda dopisała, jest ciepło i słonecznie. Dużo ścieżek
rowerowych ( asfaltowych, podobnie jak chodniki ).Po całodniowym dreptaniu trzeba
wracać na kwaterę. Częściowo korzystamy z kolejki "zębatki" (185 forintów).
Do kolacji węgierskie wino. :-) 05.05.2006. Yaroo coraz bardziej utyka na lewą nogę.
Nie jest dobrze.
Opuszczamy Budapeszt ścieżką rowerową prowadzącą do
Szentedre. Po drodze Yaroo zagaduje do pary holenderskich rowerzystów, którzy
przemierzają szlaki rowerowe, weryfikując dane o ścieżkach rowerowych. Przygotowują
nowe wydanie przewodnika.
W Szentendre zamieniamy kilka zdań z napotkanymi polskimi turystami i pobieżnie
oglądamy nieco "cepeliowskie" miasteczko. Teraz przed nami Visegrad i Esztergom,
gdzie przekroczymy granicę ze Słowacją. Po drugiej stronie mostu Sturovo. Nocleg
miał być w Levicach, ale już w Demandicach słońce zaczęło nieuchronnie zachodzić.
Postanowiliśmy tu pozostać na nocleg. Po pewnych drobnych perypetiach zamieszkaliśmy
w Penzion Stara Lipa (polecam), usytuowanym przy wjeździe do wsi. Dystans:135 km.
06.05.2006. Chwila porannej medytacji i jedziemy. Ten dzień zapamiętałem jako
zmaganie się z lodowatym północnym wiatrem i ciągłą groźbą deszczu. O zmroku
wjeżdżamy do miasta Martin. Leży ono u podnóża gór. Jest rozległe. Po drodze
napotykamy trzy hotele, ale o noclegu nie ma mowy. Kierujemy sie do centrum. Hotel
jest, ale i tu wszystko zajęte. Yaroo decyduje się zasięgnąć informacji u taksówkarza,
który pomaga nam załatwić nocleg w internacie dużej szkoły budowlanej.
W hipermarkecie robimy zakupy. Zbliżają się moje imieniny, więc dzisiaj będzie śliwowica.
Dojeżdżamy do szkoły. Ochroniarz prowadzi nas prawie dwustumetrowej długości
korytarzem. Trochę upiornie. Pokój jest duży; rowery też będą mogły wypocząć. Na
ścianach foto z bardziej niż gołymi dziewczynami. Dystans: 157 km.
07.05.2006.
Dystans: 138 km. Nieco zmieniamy trasę i jedziemy wzdłuż Vahu i Kysucy przez Zilinę
i Cadcę do Skalite/Zwardonia. Dalej przez Milówkę do Żywca i Bielska-Białej.
Na dworcu PKP schabowy, czerwony barszczyk, którego pierwszym kubkiem
przypadkowo się oblewam. Bardzo smakuje, polecam!
Teraz powrót. Odjazd do Łodzi Kaliskiej o 21:22. Jest jeszcze ciemno kiedy lądujemy w
Łodzi. I to wszystko, albo prawie wszystko o naszej rowerowej wyprawie w długi
majowy weekend 2006 roku. fotorelacja
*

yo, bike!
Budapest 2006
ROWEREM ZA GRANICĘ
VILNIUS 2004
WIEN 2005
BERLIN 2006
PRAHA 2007
Relację z tej wyprawy rowerowej
dedykuję kolegom cyklistom, którzy
zmuszeni byli do rezygnacji z dalszego
w niej udziału.
Pawłowi, który był pomysłodawcą
trasy wokół Tatr oraz Marcinello i
Michałowi.